The Boys – nie tacy straszni jak ich malowali

Czekałam na ten serial. Choć samego materiału źródłowego nie czytałam i nie potrafię się do niego odnieść, tematem interesowałam się od pierwszych plotek w kwestii ekranizacji; oczekiwania miałam więc spore. Jak też nieco inne.

Dla niewtajemniczonych: “The Boys” opowiada o skorumpowanych superbohaterach, przynoszących ogromne zyski dla firmy o globalnym zasięgu. Jak wiemy z autopsji, rzeczy poruszające masy z reguły ładniej prezentują się z zewnątrz & na odległość, niż z bliska, więc zarówno ich praca, jak i zachowanie niekoniecznie są takie super jak nazwa by wskazywała. Z różnych względów część obywateli zaczyna mieć ich dosyć, a niektórzy, jak tytułowi chłopcy, biorą w sprawy w swoje ręce. Jednocześnie poznajemy wydarzenia również z perspektywy jednej z “Sups”, młodej dziewczyny o ksywce Starlight.

Atmosfera momentami (szczególnie na początku) przypominała filmowych “Watchmen” – mam tu na myśli “Ultimate Cut”, gdyż miejsce ma sporo retrospekcji, zaś fabuła startuje w kilku różnych punktach – jednak pod względem przewidywalności bliżej jej do przeciętnego odcinka “The Flash” od CW. Bawią wszelkie nawiązania do herosów z DC, jednak w pewnym momencie z żalem zaczęłam wzdychać “biedny Aquaman” czy “tak zachowywałby się Superman gdyby był człowiekem” – tutejsi super/antybohaterowie są z gatunku ‘zobacz & zapomnij’, choć może taka miała być ich rola? Co nie zmienia faktu, iż w pewnym momencie zaczęłam tęsknić za Ozymandiaszem albo cieszyć się, że filmowy Pan od Rybek w końcu nie jest grany przez kolejnego aktora z “piękną buźką”. Za to Homelander czy The Deep pozostali mi kompletnie obojętni.

Podobnie względem dynamiki. Amazon Prime fajną, energiczną adaptacją “Dobrego Omenu” pióra Sir Terry’ego Pratchetta oraz Neila Gaimana udowodnił, że potrafi w pełne werwy seriale. Tutaj mi tego zabrakło. Im dalej w las, tym więcej dłużyzn, zaś w pewnym momencie człowiek zaczyna się okropnie nudzić. Ostatni odcinek jest wyjątkowo długi, bez problemu można było wyciąć te 10-15 minut. Choć serial od samego początku cierpi na wspomnianą już przewidywalność – rzucałam tekstami czy wydarzeniami zanim miały miejsce na ekranie, ech – to, co dzieje się w drugiej połowie sezonu po prostu męczy. Może lepszym pomysłem byłoby zrobienie sześciu zgrabnych odcinków? Dlaczego nagle pojawia się coraz więcej przesadnie podniosłych zachowań czy odzywek? Ku jasności – dla mnie produkcje nie kręcą się wokół twistów. Nie muszę być zaskoczona, by dawać wysokie noty. Dla przykładu: “Akademię Parasolek” rozgryzłam koło trzeciego odcinka, lecz i tak nadal z radością wracam do tego serialu. Tam była energia, pazur, świetna chemia między bohaterami; tutaj szybko zaczyna brakować pary, niektóre akcje są nielogiczne, pojawiają się zgrzyty w fabule, a widz coraz częściej spogląda na zegarek. Szkoda.

Całkiem przyjemna jest ścieżka dźwiękowa: kilka osłuchanych numerów i parę świeżynek. Względem tych pierwszych, w pewnym momencie widz zaczyna się bawić w grę pod tytułem: “który z ogranych komiksowo kawałków jeszcze dziś usłyszymy?”. Jasne, “Cherry Bomb” jest genialne, jednak dopiero co było w “Sabrinie”, “Strażnikach Galaktyki” oraz najnowszym sezonie “Simpsonów”. Fajnie, że twórcy wplątują w to bardziej egzotyczne utwory, jak choćby francuski rap. Jednak do genialnej ścieżki z “The Umbrella Academy” mu daleko.

Ponoć to jeden z najbrutalniejszych komiksów. Być może jestem specyficznym przypadkiem – rzeczy, których nie zniosę bez kilku paczek chusteczek w kwestii kina wojennego czy dramatu, w takiej komiksowej konwencji właściwie mnie nie ruszają. Owszem, widzimy flaki, krew, bijatyki ze śmiertelnym skutkiem, seks a nawet jednego wiszącego w tle ptaszka (to w nawiązaniu do internetowych zarzutów względem “ogromnych ilości damskiego porno” – gdzie? Dwie pary męskich pośladków?). Jednak aż całe dwa momenty wywołały u mnie “fuj”, to tyle. Choć całość obejrzałam ciurkiem, późnym wieczorem, w nocy nie śniły mi się ani brutalne akcje, ani Karl Urban. Smuteczek.

Patrząc na głównego bohatera widziałam młodego Michaela Shannona, lecz kiedy po sprawdzeniu okazał się być synem Dennisa Quida & Meg Ryan – nie idzie tego odwidzieć. 😉 Do tego całkiem nieźle sobie radzi, może tym razem zapadnie mi w pamięć.

Ciekawostka: główny bohater produkcji, Hughie, w komiksie wzorowany był na Simonie Peggu. Ponieważ postać jest po dwudziestce, Simon gra w serialu jego ojca – i jest go bardzo niewiele. W pewnym momencie widz zaczyna się zastanawiać, gdzie jest ojciec, dlaczego tak szybko odpuszcza sobie poszukiwania syna? To samo z “zagubionymi” po drodze postaciami – choć ich brak jest ważny dla fabuły, odczuwamy go tylko do momentu aż ni z tego, ni z owego zostają właściwie zapomniani. Chociaż nie wiem, jak to wyglądało w oryginale, biorąc pod uwagę popularność tej serii oraz przedpremierową ekscytację jej fanów odnoszę wrażenie, iż wersja zeszytowa posiada mniejszą ilość kolein fabularnych. Zresztą, historia po drodze z autostrady zjeżdża na drogi polne, bierze coraz więcej zakrętów, by zakończyć na ulicy bez przejazdu – co było do przewidzenia jeszcze przed środkiem sezonu, więc tym bardziej irytuje i pozostawia niesmak.

Mimo tylu narzekań, w swojej kategorii jest to nadal całkiem niezły serial, gryzący ograny już na dzięsiątki sposobów temat od du… drugiej strony.
Pozostaje jedynie pytanie: skoro odkąd pamiętam, antyherosi łapią mnie za serce (Blade, Punisher, Zimowa Panda czy nawet filmowy Bane), dlaczego ci obecni tutaj uciekli z mej pamięci już na drugi dzień po seansie?
Mam nadzieję, że kolejne sezony (drugi już zamówiony) pozostawią po sobie lepsze wrażenie.