Shazam! – jak mocno świecą paluszki Kapitana Iskierki?

“Captain Marv…”, wrrrróć – “Shazam!” to zaskakująco ciepły film. Choć w niektórych momentach ociera się o niedawnego “Venoma”, a twórcy wykorzystują ograniczenia wiekowe (PG-13) aż do granic, to idealne kino familijne. Takie, jakiego od dawna nie miałam okazji oglądać – nie jest do bólu przesłodzone, wydealizowane, miewa mroczne momenty, humor czasami bierze zakręty prawie na granicy smaku, jednocześnie nie skręcając ani w kierunku “Deadpoola”, ani shoarmy. W moim odczuciu najbliżej mu do (oryginalnych!) “Pogromców duchów”. To miła odmiana. Mam wrażenie, że ostatnimi laty produkcje familijne stały się zbyt ugładzone, idealne, a co za tym idzie – nudne. (Jak chociażby Disneyowska “Fałdka czasu”.)

Jako wieloletnia fanka “Chucka” i Nerd HQ nie wiedziałam, że mogę się zakochać w Zacharym ponownie. 🙂
Od pierwszych ogłoszeń castingowych twierdziłam, że to najlepszy – ba, jedyny! – możliwy wybór. Ewentualnie ktoś nieznany szerszej publiczności (choć Zachary jakoś super popularny nie jest, wiernych fanów ma), jednak ciężko jest mi sobie wyobrazić kogoś kto z równie wielką pasją & frajdą potrafiłby oddać nastolatka w ciele dorosłego faceta. (Swoją drogą, całkowite przeciwieństwo Piątki z “The Umbrella Academy”.) Gra tutaj ciepłą, uroczą postać, nie jest niezręczny czy niezgrabny jak 12 (!) lat temu w serialu, lecz dziecinny, niedorosły, zagubiony – głównie poprzez wydarzenia z dzieciństwa i poszukawanie własnej tożsamości. Idealny “the Big Red Cheese”.

Dobre wrażenie wywołują również młodzi aktorzy, szczególnie Jack Dylan Grazer w roli Freddy’ego Freemana. Zawsze miło zobaczyć obiecujące nowe twarze młodego pokolenia. Natomiast rodzina zastępcza sprawia wrażenie takiej… wiarygodnej. Widać, że jej członkom na sobie zależy, choć nie obywa się bez konfliktów.  Niby nic, a tak rzadko oglądamy to na wielkim ekranie, z reguły oscylując na przeciwległych pograniczach rodzinnych relacji.

Ogólnie film prezentuje dość świeże spojrzenie na origin story. Nie jest klasycznym przykładem aż zbyt dobrze znanych nam historii w typie “od zera do bohatera”, prolog przedstawia nam wręcz backstory głównego przeciwnika. Niektórzy będą pewnie narzekać na delikatne dłużyzny, choć spokojnie – to nie “Glass”, wielbiciele sekwencji mordobicia & efektownych scen akcji powinni być zadowoleni.

Mark Strong nie dostał zbyt wiele do zagrania i jest, cóż, płaską postacią; jednocześnie nie będąc kopią / lustrzanym odbiciem głównego bohatera, dodatkowo potrafię zrozumieć jego motywację. Choć Dr. Sivanie daleko do Merlina czy Matai Shanga, odnoszę wrażenie, że to z góry założone podejście – cały film w przyjazny, niezłośliwy sposób wyśmiewa konwencję produkcji o superbohaterach, przerysowując najczęściej powtarzające się z ich cech. A że dobrych villanów w kinie superhero ostatniej dekady możemy policzyć na palcach jednej ręki…

Zabawne, iż  Djimon Hounsou pojawia się w przeciągu miesiąca w dwóch ekranizajach Kapitan Marvel. Przy okazji – tu też jest motyw (dosłownie motywik) z silną, niezależną babeczką, ale moim zdaniem ograny ze smakiem & humorem.

Nie mogę nie wspomnieć o świetnej scenie testowania supermocy metodą prób & błędów z Queen w tle (“Don’t stop me know”). Choć jej fragmenty znamy już wraz ze “Slim Shady” w tle, w tym wydaniu bawi jeszcze mocniej.

Fajnie, że to osobny produkt, funkcjonujący sobie jakby z boku – posiada drobne nawiązania do całości, głównie humorystyczne. Sam w sobie też może być ciekawym, przyjemnym sposobem na spędzenie popołudnia/wieczoru nawet dla osób nieznających tego uniwersum czy niekoniecznie kochających tematykę superhero. W końcu to opowieść familijna.  Z masą SERCA.