Hellboy – diabelsko zły film czy seans pełen uciech?

Jako fanka zarówno Guillermo Del Toro, produkcji spod jego ręki, a także samej stajni Dark Horse Comics, dziarsko wybrałam się na seans premierowy, nie zważając na druzgoczące recenzje. Zresztą, nie zapominajmy – prasa nie kochała Hellboya w wydaniu Perlmana, a w ostatnim tygodniu są wychwala go pod niebiosa. Piekelnie precyzyjna konsekwencja. 🤷

Czego w tym filmie nie ma!
Jest Bepop – Świniak z Wojowniczych Żółwi Ninja, Król Artur, Merlin wyglądający niczym (jeszcze bardziej) zaniedbany Luke Skywalker, Excalibur (Hellboy Indy?), profesor Bruttenholm (adopcyjny ojciec tytułowego bohatera) mówiący głosem Odyna, King z Tekkena, a nawet polski wątek w postaci Baba Jagi. Swoją drogą całkiem fajnie wymyślony i przedstawiony na ekranie – kilkoro widzów opuściło salę w trakcie seansu, narzekając na ‘zbyt straszne’ sceny. No tak, czegóż by się tu spodziewać po horrorze z kategorią R?

Krew leje się strumieniami, latają kawałki ciał, a przede wszystkim zadziwia rozmach względem ilości potwornych postaci. Od wampirów, przez trolle do najróżniejszych demonów nabijających bezbronnych ludzi na własne kończyny włącznie. Ba, widzimy nawet chatkę na kurzych łapkach (eee, tak, dwóch – taki troszkę “Ruchomy zamek Hauru”, jednak prezentujący się przeuroczo w spowijającej go mgle).

Główny bohater jest naprawdę w porządku, David Harbour robi co może i w moim odczuciu pasuje do tej roli. Podobnie współgra z nim czarny, pokręcony humor (nie obawiajcie się, to nie drugi Deadpool czy inne “Druhny”). Współmiernie podobała mi się postać Alice. Miło zobaczyć Sashę Lane w czymś całkowicie innym niż jej – skądinąd bardzo udany – debiut, “American Honey”. Ian McShane ewidentnie w roli Trevora ma jeszcze większą frajdę niż grając wspomnianego wyżej Wodana. Natomiast Mila Jovovich wciąż wygląda pięknie, nawet po spędzeniu ostatnich 1500 lat na rozparcelowanym rozkładzie.

Całkiem smacznie prezentuje się też ścieżka dźwiękowa, pełna rockowych klasyków podczas których trudno jest się nie uśmiechnąć, zaś szczególnie w pamięć zapadł mi diaboliczny utwór w trakcie napisów końcowych.

Najbardziej brakowało mi elegancji Guillermo Del Toro, a przede wszystkim miłości meksykańskiego Hobbitses wobec potworów wszelakich. To się po prostu czuje, tutaj mamy całkiem inny klimat niż w częściach sprzed rebootu. Przy czym inny niekoniecznie znaczy gorszy, ale znając poprzednie wydania, najnowszy film sporo traci już na samym wstępie .

Oczywiście, chętniej przytuliłabym zwieńczenie trylogii spod ręki Guillermo, ale na bezrybiu (oraz całe MCU, czyli 11 lat pozniej) i rak ryba. Z podejściem na luzie można się potwornie ubawić. Przecież nie każda ekranizacja komiksu musi być arcydziełem, kino popcornowe również potrzebuje różnorodności. A jeśli już wybierzecie się do kina, nie przegapcie dwóch scen po napisach.