Godzilla: King of the monsters – czy zakróluje w kinach?

[Wpis zawiera delikatne spojlery, niekoniecznie mające wielki wpływ na fabułę. W końcu wiemy, na film jakiego gatunku uderzamy do kina.]

W najnowszej produkcji spod znaku potwornego kina – tak jak w części z 2014 roku – irytują ludzkie wątki, a że postaci jest więcej, to i granie na nerwach częstsze. Naprawdę nie rozumiem zbierania tak dobrej ekipy aktorskiej w celu nakarmienia ich aż tak czerstwymi dialogami. 
W Kyle’u Chandlerze podkochiwałam się jako dziesięciolatka oglądając “Zdarzyło się jutro”, Vera Farmiga kojarzy mi się z ryjącymi psychikę filmami pokroju “Potęgi strachu”, serialowych wyjadaczy w postaci Charlesa Dance’a i Milly Bobby Brown nie trzeba przedstawiać. A tutaj po prostu nie mają czego grać. Z pustej miski nawet Tytan nie naleje.

Podobnie ma się rzecz z CGI. Ogólnie całym sercem jestem za efektami praktycznymi, lecz wiadomka – w 2019 Gojira raczej nie pojawi się w gumowym wydaniu. I tak, jak on jest ładnie zanimowany, tak np. Ghidorah już mniej. Trzygłowy smok z (bardzo) bliska wygląda jeszcze względnie, z daleka… po prostu biednie. Co zaskakuje przy filmie takiej kategorii. Momentami czułam się jakbym cofnęła się w czasie. Ba, kilka lat temu miałam przyjemność widzieć na kinowym kinie nieśmiertelny “Park Jurajski” w wersji 3D i, kurczę – to film, który widziałam z 30 razy, jak nie więcej. A pod pewnymi aspektami nawet te 20 + parę lat później wywoływał większe wrażenie. WB, coś poszło nie tak.

Za to Mothra jest cudowna. Pisząc to mam na myśli zarówno koncept jak i wykonanie, szczególnie jej dorosłej formy. W trakcie seansu uśmiechałam się z rozrzewnieniem pod nosem pamiętając jak bardzo bałam się jej za dziecka – przerośnięte jaszczury, pterodaktyle czy smoki nie były mi straszne, ale już motylek czy ćma tak. Tym razem doceniłam jej włochatość w pełni i nawet doczepione w Holyłódzie łapki nie odebrały jej uroku.

Podobny uśmiech wywołały we mnie napisy końcowe, gdzie czworo głównych monstrualnych bohaterów wymienionych jest z imienia jako “grających samych siebie”. W sumie potworów jest aż 18, przy czym nie wszystkim mamy okazję przyjrzeć się z bliska. Póki co.

W końcu jedna z bohaterek na tekst “dobrze, że Król Potworów jest po naszej stronie” rzuca lakoniczne “na razie”.

Jeśli zostaniecie na scenę po napisach – a warto, muzyka w trakcie nich jest przednia, do tego ponownie za pomocą urywek z prasy rzucane zostają nam okruszki co do przyszłości tego filmowego świata – dostaniecie fragment sugerujący pomysły względem kolejnego filmu. Którego dość mocno się obawiam, ponieważ nie chciałabym by moja miłość do potwornych produkcji podupadła.

Jak zwykle, wszystko, czego dotyka się człowiek, ulega zniszczeniu.

Co nie zmienia faktu, iż film oglądany na wielkim ekranie sprawia frajdę, ma ładne wrażenie głębi, do tego dźwięk w imaxie powala. Nadal me serce bije w rytmie ryku Godzilli. Tylko ta cała otoczka po prostu męczy. Nie spodziewałam się aż takiego zalewu melodramatyzmu, szczególnie słysząc głosy po poprzedniej części z Gojirą w roli głównej. To na swój sposób przewrotne, kiedy mając dwa filmy o jaszczurze, najlepszym – choć również niepozbawionym fabularnych głupotek – okazuje się być ten o King Kongu.

Tutaj fabuła uderza w elementy wiary, przekonań, mitów; zahacza o zaginione cywilizacje czy (nie do końca) obcych – bardziej postaci nie z tego świata, a z powietrza. I choć naszym pierwszym odruchem może być lekkie whatdafrack, po chwili zastanowienia się, dość zgrabnie zgrywa się to z wierzeniami/historiami Dalekiego Wschodu.

Na koniec mam zagwozdkę. Czy będąc ekologicznym terrorystą nie chcemy uratować wszystkiego, co naturalne, a w tym także najgorszego predatora żyjącego na tej planecie? Zastanowił mnie ten wątek. Bardziej skłaniam się ku wersji “uratowanie Natury bez względu na koszty”, jednak coś mi się tutaj gryzło. Nie wiem, może to wina późnej pory seansu premierowego, może wyjątkowo mocnego podirytowania ludzkimi wątkami. A może czasem bym chciała, by takie potwory ratujące swym promieniowaniem roślinność oraz ginące gatunki zwierząt naprawdę istniały.