Captain Marvel – kiedy zwiastuny wyjątkowo nie kłamią

Idąc do kina na premierowy pokaz Captain Marvel spodziewałam się publiki niczym na pokazie premierowym Wonderki – 80% kobiet. Tymczasem zastałam prawie pustą salę, nawet na pokazie premierowym w wydaniu Dolby Cinema. Czyżby więcej osób nie dało się złapać na ledwo przeciętne zwiastuny?

Film jest po prostu mdły. Nieważne, co dzieje się na ekranie, ogląda się go całkowicie bez emocji. Już pomijając to, że tak naprawdę nie znamy bohaterki i niekoniecznie mamy ochotę jej kibicować będąc od pierwszych minut wrzuconymi w sam środek kosmicznych akcji. Postacie są i pozostają nam kompletnie obojętne. Szczególnie, gdy rzucają czerstwymi monologami / one-linerami (tu przoduje Jude Law) albo odkrywczymi żartami typu “obcy ma brzydkiego fiutka”. Serio, Marvel? Shoarmy zabrakło?

Całą produkcję ogląda się nie tylko jak film odgrywający się w latach 90., ale też z tychże lat pochodzący. Taka Wojownicza Księżniczka, z nieco większym budżetem & na ciut większym ekranie. Nie jestem pewna, czy taki był zamysł twórców. Nawet efekty nie porywają. Nieważne, jak szybko zasuwa akcja, jak bardzo odmłodzeni są agent Culson czy Nicholas Joseph Fury, jak bardzo jest kosmicznie czy ile wybuchow widzimy, pozostajemy niezwruszeni. Nie pomaga fakt, iż twórcy prześlizgują się po temacie w najłatwiejszy że sposobów. Brak tu głębi czy rozwoju postaci. Byle dociągnąć do kolejnego odcinka tego przydługiego (to już 11 rok leci!) serialu. 

Dorzućmy do tego teksty “mamo, ale MUSISZ być dobrym przykładem dla córki” (kiedy mama rzuca wprost, że to najprawdopodobniej misja samójcza) czy masowo nie-rozbijajace się podczas awaryjnych lądowań statki kosmiczne i już możecie się domyślić, ile razy przewracałam oczami.

W dodatku Marvel sam przeczy swojej politycznej poprawności jedyną wadą kobiecej bohaterki okazują się być jej emocje. Och, jak stereotypowo. Dziwna sprawa w tym ultra-mega-prokobiecym projekcie. Ale co ja tam wiem, babą jestem. 🙂

Na względny plus można zaliczyć jeden stosunkowo niewielki twist, który jednocześnie sprawia, że główne teorie względem End Game leżą. Szczególnie w temacie pewnego (krystalicznie idealnego) bohatera. Co prawda, nie śledzę najnowszych doniesień w tym temacie, jednak swego czasu ta była najpopularniejsza.

Osobom z wrażliwymi żołądkami polecam obejrzeć tylko pierwsza scenę po napisach. Jakkolwiek nudna & przewidywalna by nie była. Nie nastawiajcie się też na zaskakujące rozwiązanie tajemnicy straty oka pewnego młodego agenta.

Na otwarciu ze Stanem Lee przez głowę przeleciała mi myśl – oby nie był to najlepszy fragment produkcji. Cóż… 

Pozostaje czekać na oryginalnego Kapitana Marvela, starszego prawie o 3 dekady. Coś mi mówi, że gorzej nie będzie.