Anna – kolejna Nikita czy Multipass?

Zwiastun zapowiadał drugą Atomic Blonde, a znając upodobanie reżysera do młodych, walecznych dziewcząt, które na dodatek w realu często zostawały jego żonami, mniej więcej tego typu filmu akcji się spodziewałam.

Tymczasem dostajemy dzieło o czymś całkiem innym – poszukiwaniu wolności.

Film zaczyna się retrospekcją, po czym ma miejsce mały przeskok w czasie. Tytułową Annę poznajemy jeszcze w Moskwie, sprzedającą matrioszki na targu, po czym kilkukrotnie skaczemy w czasie. I tak do końca filmu. 😉 Niektórych pewnie zaskoczą twisty, mnie niekoniecznie, co jednak nie znaczy, że film oglądało mi się źle. Owszem, początek nieco się dłuży, jednak im dalej w las, tym lepiej.

Na pewno nie przeszkadza fakt, iż główna bohaterka jest cudowna. Naprawdę, wygląda tu jeszcze ładniej niż w Valerianie (Luc, Nadal nie wybaczyłam Ci tego, co zrobiłeś tam z tytułowym bohaterem!), w dodatku w każdej stylówce całkiem inaczej. Modelka idealna! Ale czy równie dobra zabójczyni?

I tutaj Luc lekko zaskakuje, przynajmniej mnie. Anna jest świadoma, że obiecanki cacanki, zarówno te padające ze strony KGB jak i CIA można włożyć między bajki. Widać, że nie do końca pasuje jej praca jaką wykonuje, choć robi to bez większych problemów. Marzy o wolności, ucieczce nie tylko od Moskwy, ale i samej siebie. Nowym starcie, w całkiem innym miejscu, gdzieś nad morzem. W ten sposób zaczyna się jej rozgrywka, a wraz z upływem seansu dowiadujemy, jak długo (i skomplikowanie) trwa.

Akcja produkcji rozgrywa się w latach 90., w pełni ujmuje ich klimat (razem z całkiem niezłą ścieżką dźwiękową) oraz sprawia wrażenie, jakby wtedy została nakręcona. Jednym to przypasuje, innym nie. Mnie podeszło, z kina wyszłam z uśmiechem & dziarskim krokiem. Niekoniecznie wrócę do tego filmu, ale cóż – nie zawsze można kręcić Piąte Elementy czy inne Taksówki. Wystarczy, że to film lepszy od Lucy.