Ad Astra – przez trudy do gwiazd?

Znacie te uczucie, kiedy już w pierwszych minutach filmu wiecie, że obejrzycie go kilkadziesiąt razy, za każdym razem odkrywając w nim coś nowego bądź/oraz interpretując fabułę nieco inaczej? Mnie spotyka coraz rzadziej. Jednak dla takich przeżyć warto czekać. Warto do nich tęsknić.

Najnowszy film spod ręki Jamesa Graya (Zaginione miasto Z) opowiada o mężczyźnie (w tej roli Brad Pitt), który jako nastolatek stracił ojca – ten wyruszył w podróż międzygwiezdną, by w pewnym momencie zerwać kontakt z Ziemią. Lata później główny bohater sam jest astronautą i towarzyszy mu poczucie, że ojciec byłby dumny z wybranej przez niego drogi. Jednak nie jest szczęśliwy. Jego związek się rozpada, ponieważ jest “nieobecny”, nie tylko fizycznie; natomiast po wypadku na orbicie ziemskiej, w którym o mało co nie stracił życia, zostaje wysłany w kosmos właściwie przymusowo. Tak zaczyna się podróż w poszukiwaniu rodzica, sensu ludzkiej egzystencji i naszego miejsca we wszechświecie.

Napiszę wprost – to jeden z najpiękniejszych filmów jakie kiedykolwiek widziałam. Właściwie pod każdym względem.

Widać serce włożone w efekty praktyczne, budowę scenografii. Wnętrza statków kosmicznych, baz na Księżycu czy Marsie, efekty w trakcie pościgu – po prostu powalają. Są surowe, analogowe, dobrze nam znane, a jednak futurystyczne. Marsjańskie podziemia wyglądają niczym wyśnione po romansie z zakazanymi substancjami. Bardzo dobrze robi produkcji ograniczenie CGI do minimum. Co prawda, nie jest to film przełomowy – w końcu kosmos widzieliśmy całkiem niedawno i w Grawitacji, i w Interstellarze. Jednakże jak blado wypadają te filmy na tle Ad Astry!

Podobnie ma się sytuacja z muzyką. Jest nieskomplikowana, ale nie prosta. W niektórych momentach kompozytor (Max Richter) postanowił “zagrać ciszą” i w moim odczuciu wyszło to genialnie. Przez resztę czasu jest niesamowicie klimatycznie. Na pewno wrócę do tej ścieżki dźwiękowej gdy sięgnę po książkę z gatunku sci-fi.

Wielu (Krzysztofie K., macham do Ciebie! :)) powie, że film jest przydługi (wcale nie, nie trwa trzech godzin), nudny, rozciągnięty. Z góry piszę – nie zgadzam się z tym. Owszem, jest spokojnie, reżyser pozwala każdej scenie wybrzmieć. Dzięki temu mamy szansę kompletnie zanurzyć się w filmie, wręcz w niego wsiąknąć oraz siedzieć na sali kinowej aż do jego ostatnich momentów – zresztą, dopiero po napisach końcowych pojawia się skromne ‘the end’.

Dialogów w zasadzie jest niewiele, głównie słyszymy przemyślenia bohatera granego przez Brada Pitta. Lecz każde słowo jest PO COŚ. Ma ogromne znaczenie. Wiele z nich zgadza się z mymi przemyśleniami i z pewnością będę je cytowała, choćby “(…) Robimy z planetami to, przed czym uciekaliśmy z Ziemi. Jesteśmy pożeraczami światów” czy “Zawiodłem wszystkich. – Nie zawiodłeś, teraz wiemy, że jesteśmy w tym [kosmosie, życiu] całkiem sami”. Ach, pisząc te słowa wciąż czuję emocje odgrywane na twarzach Tommy’ego Lee Jonesa czy Brada.

Brad nie jest aktorem wybitnym, jednak ma w sobie coś takiego, że kiedy pali papierosa umoczonego w LSD, odpływam razem z nim. Natomiast kiedy płacze, płaczę i ja. Tylko jakby nieco mocniej, aż brakuje mi chusteczek. To na dobrą sprawę teatr jednego aktora (mam nadzieję na kilka nominacji), lecz rólki pozostałych aktorów są równie dobre. Najbardziej zapadli mi w pamięć wspomniany już Tommy Lee Jones oraz Ruth Negga i Donald Sutherland.

Waham się czy nazywać obraz współczesną Odyseją Kosmiczną. Muszę się z tym przespać, obejrzeć film ponownie. Owszem, tematyka, klimat, a nawet podróże na Księżyc w obu produkcjach są podobne. Ba, mamy tu nawet wściekłe małpy – choć w nieco innym kontekście. Nie ma tu wielkich twistów, ten film nie ma szokować. Niekoniecznie dostajemy odpowiedzi na pytania w nim zawarte. Osobiście uważam, iż kino egzystencjalne czy fantastycznonaukowe służy jako inspiracja do zadawania pytań, szukaniu odpowiedzi samemu. Wielogodzinnych dyskusji w gronie zaprzyjaźnionych wielbicieli X Muzy. Bardzo nie lubię podawania kawy na ławie, tak, aby nikt na pewno nie miał wątpliwości o co twórcom chodziło. Tutaj zdecydowanie nie mamy z tego typu hollyłódzkimi zabiegami do czynienia.

Choć podskakuję z radości na siedzeniu oglądając mechy walczące z Kaiju, wzruszam się kiedy (nie) umiera koleżanka Earla czy Captain Fantastic śpiewa “Sweet child of mine” z dzieciakami, a nawet oglądam (się) kilkukrotnie, z przyjemnością za Czarną Panterą, jestem zdania, że to właśnie dla tego typu produkcji powstała taśma filmowa. Kina. Dolby Cinema. Kamery IMAX. Historie, dla których gatunek jest tylko otoczką, tłem, gdzie dialogi & aktorstwo bronią się same, waląc widza jednocześnie po głowie i po sercu.

Na początku roku Blade Runnera zakładałam, iż w tym rozdaniu kalendarzowym liczyć się będą trzy tytuły: Toy Story 4, Ad Astra oraz Joker. Na razie mamy 2/3. Ząbki wyszczerzymy już niedługo i wtedy okaże się, kto stanie na mym małym prywatnym podium.