Transformers: Ostatni Rycerz – o złamanym insiowym sercu

Żeby zrozumieć podtytuł tej notki, zmuszona jestem zapodać nieco prywaty. Otóż:

Wielkie roboty kręciły mnie od ‘małego’. Odkąd pamiętam, uwielbiałam animację z 1986, świetnie bawiłam się podczas oglądania serialu, ba, Bumblebee był moim pierwszym zauroczeniem (ok, może na równi z Gojirą). Pamiętam tę ekscytację kiedy pojawił się pierwszy teaser (wtedy to był naprawdę teaser, nie teaser teasera, teaser trailera itd.), ten na księżycu. Doskonale przypominam sobie moje wrażenia po obejrzeniu zwiastuna ze Scorponokiem; przekonanie, iż właśnie widziałam główną akcję superprodukcji, a jeszcze lepiej – zaskoczenie & frajdę w kinie kiedy owa scena okazała się ledwie jej otwarciem. Ech, kiedyś robili zwiastuny, nie streszczenia produkcji…

 

Wracając do tematu: nadal kocham muzykę z pierwszego filmu, głosy, którymi posługują się mieszkańcy Cybertronu. Toleruję “Zemstę upadłych”, wciąż rozpływam się nad sceną transformacji Trzmiela na autostradzie z trójki, mam w sobie wystarczająco dużo empatii by zapomnieć iż “Wiek zagłady” kiedykolwiek powstał. Do kina wybrałam się więc z nastawieniem w 100% popcornożerczym, czyli: ma być akcja, mają być seksowne auta, na dokładkę zajebiaszcze odgłosy nie z tej ziemi, fabuły pewnie braknie, ale może uda spojrzeć się na wady (nie pierwszy raz) przez palce. Podsumowując, takie sentymentalne podejście, które towarzyszy (a właściwie: towarzyszyło) mi jedynie przy serii o Wściekłych oraz powyższej.

[Odtąd spoilery, choć właściwie większość była znana przed wyjściem filmu.]

Tymczasem czego w tym dziele nie ma. Naziści, Merlin, transformerska wersja Króla Ghidorah. Mała niby-Rey, zakochani w niej chłopcy, nieobecna, aczkolwiek wspominana co chwilę córka Yeagera. Wataha Decepticonów siedzących sobie jak gdyby nigdy nic w ziemskich więzieniach, Autoboty w domu starców, Stonehage, Autoboty na złomowisku, Cybertron, maleńkie Dinoboty rzygające ogniem ku dumie ‘tatusia’. Król Artur z ferajną, Anthony Hopkins prezentujący robotom środkowy palec oraz rzucający przekleństwami na prawo & lewo, Stanley Tucci w (założeniu zabawnej) roli, kiedy to ledwo co robił z siebie głuptasa w czwórce.

Standardowo, pojawia się urodziwa, acz niezbyt rozgarnięta pani. Rozumiem, taki mamy u Baya klimat. Muszą mieć miejsce szowinistyczne żarty z kobiety niepotrafiącej prowadzić auta, przewracającej się na byle zboczu, użerającej z babcią, mamą i ciotkami o nieposiadanie faceta. Uparta i zadziorna niewiasta, tracąca język na widok kilku mięśni to obowiązkowy element serii. Zakładam, iż wszystko to było głównym zapisem w kontrakcie aktorki. Problem w tym, że tym razem mamy do czynienia z panią profesor (i to kilku kierunków). Przykro patrzeć na Laurę Haddock w tej roli, szczególnie mając w pamięci delikatną Meredith Quill.

Przez film przewala się (inaczej tego nazwać nie idzie) masa wątków, z których połowę można by wyciąć i serio, niewiele by to zmieniło. Posklejane byle jak, na ‘odwal się’, bez składu & ładu. Nie wiem, gdzie podziali się ci nowi, dumnie ogłaszani scenarzyści. Mamy za to chaos, kompletny brak sensu, a przede wszystkim BRAK SERCA. Mogę wybaczyć wiele, ale nawet ja mam granice.

Ledwie po pół godziny seansu wiedziałam, iż z kina wyjdę ze złamanym sercem. W międzyczasie od ciągłego przewracania oczami zdążyła rozboleć mnie głowa.

Gdybym miała wymienić jakieś plusiki? Miło widzieć starych bohaterów. Wyborne auta. Niekulawy król Artur.

Wychodzi na to, iż film jest tak słaby, że nawet mój tekst dopasował się do niego poziomem. Wybaczcie. Nauczeni mym błędem, zróbcie coś lepszego z tymi 150 minutami życia.