The Return of Doctor Mysterio – czekając na sezon 10 Doktora <3

Fani Doktora mieli cały rok, aby się za nim porządnie stęsknić. Znaleźli się tacy, którzy o nim zapomnieli, ja jednak należę do drugiej kategorii – czekałam na odcinek bardziej niż na Święta! Choć nie był najwyższych lotów – daleko mu choćby do odcinka ubiegłorocznego – mnie usatysfakcjonował. To wstęp do 10 serii, ostatniej zarówno dla odtwórcy głównej roli, jak i prowadzącego serial.

Ten drugi stanął przed poważnym wyzwaniem. Kiedy w ubiegłym roku zrobił coś całkowicie niemoffatowego – pożegnał uwielbianą przez widzów bohaterkę z klasą, zgodnie z kanonem oraz bez zbędnych komplikacji – sam zawiesił sobie wysoko poprzeczkę. Tym razem, podobnie jak rok temu, dostaliśmy odcinek mało świąteczny, gdzie jedynymi łączącymi je czynnikami są Nardole plus nienachalny i niebanalny wątek miłosny.

Odcinek skupia się na superbohaterze, pani reporter, pewnej firmie z umiłowaniem do cudzych mózgów, nie mającej nic wspólnego z nauką obcych języków;  tajemniczym Duchu, przypominającym a to Supermana, a to Clarka Kenta. W dodatku mamy nianię, a nawet dwie – urzekającego okularnika zajmującego  się dzieckiem dziennikarki oraz Nardole’a, opiekującego się Doktorem z racji jego złamanego serca. Jest kilka fajnych retrospekcji oraz typowo doktorowych tekstów, które można użyć w wielu sytuacjach, nie tylko w święta.

Na początku odcinka Doktor zabawia się przypadkowo w Mikołaja. Poznaje małego chłopca, przy okazji wplątując go w jedną ze swych przygód. Nasz ulubiony kosmita o dwóch sercach jest rozbrajający myśląc, że tylko on przejrzał na wylot Supermana. Jednak nie takie pudding brains, he? Historia powoli się rozwija, zaś Dwunasty co jakiś czas odwiedza naszego dorastającego (super) bohatera. Okazuje się na przykład, iż znane nam z komiksów x-ray vision może bardzo komplikować życie nastolatka. O tym w komiksach nie wspominali.

W sumie prosty zabieg odwrócenia ról, mający miejsce w odcinku, pasuje mi tutaj bardziej niż całość związku Amy i Rory’ego. Lucy Fletcher, dziennikarka, ewidentnie inspirowana Lois Lane (Charity Wakefield), nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jest wścibska, odważna, niegłupia, nie boi posuwać się do specyficznych zagrań i rozwiązań. Beznadziejnie zakochany w niej opiekun do dziecka (w tej roli dawno niewidziany Justin Chatwin) jest za to sympatycznie i zgrabnie rozpisaną postacią. Niby super, na pewno hero, radzi sobie z pieluchami, ale gorzej z uczuciami. Wszystko, oczywiście, przez Doktora!

Fajna zabawa kontekstem, cytowanie wujka Bena, zmienianie głosu przez Ducha, Doktor zajadający sushi jak ‘profesjonalny śledczy’ – to wszystko sprawia, iż odcinek oglądamy z przyjemnością. Dwunasty z kompanionem przewijają się w tle, ale nie dają o sobie zapomnieć.
Nie zawodzi też przeciwnik. Trochę creepy, z czarnym poczuciem humoru, nie taki łatwy do ogarnięcia i najprawdopodobniej wróci. Jest dobrze.
Przez cały odcinek czuć echa pożegnania z River. Tym razem już raczej ostatecznego.

Z Capaldim nigdy nie miałam problemu. Może nie zawsze dostawał najlepsze scenariusze, jednak za dosłownie każdym dawał z siebie wszystko. Moffat ostatnio mi podpadł. Tutaj, moim zdaniem, mu się udało! I to w odcinku superbohaterskim, kto by pomyślał. Może trzeba go wysłać na eksport  do DC?