Szybcy i wściekli 8 – już nie tacy szybcy, na pewno nie tak konkretnie wściekli, coraz mniej zabawni – ale czy nadal zjadliwi?

Miałam wczoraj przyjemność wybrać się do kina na maraton czterech części serii “Szybcy i wściekli”. Zaczęliśmy po południu, od części piątej, by skończyć grubo po 2 w nocy, poznając tytułowy los bohaterów tego kinowego serialu. To dobra sposobność by z dystansem spojrzeć na kierunek w którym pędzą po fabularnych bezdrożach tak lubiani przez wielu bohaterowie. Przy okazji poznajemy kilku nowych, podziwiamy seryjny spektakl głupot oraz suszymy zęby przy paru… tak, sucharach.

 

Zakładam, że gdybym wybrała się do multipleksu jedynie na premierę najnowszego ogniwa cyklu o samochodowej (oraz mięśniowej) rywalizacji, mój odbiór najnowszej kontynuacji byłby nieco inny. Jednak ten półmaraton, zajmujący nomen omen ponad 10 godzin, uświadomił mi przykrą prawdę – po  tendencji wzrostowej od niezbyt udanej części 4 do bardzo rozrywkowego odcinka 7, twórcy nieco zboczyli z trasy. O dziwo, raczej nie ma na to wpływu brak Paula Walkera. Osobiście podczas seansu najbardziej tęskniłam za Hanem, którego przecież już od pewnego czasu z nami nie ma. Postać ta nadawała filmom poczucie jakiejś równowagi, przyjemny spokój, chwilowy odpoczynek od szaleństwa całej reszty ekipy. Tutaj mamy ciągłe “szybciej, mocniej, prędzej”, tak znane nam z wielu hollywódzkich produkcji ostatnich lat. Po jakimś czasie zaczyna to męczyć. Nawet bohaterowie zaczynają powtarzać te same żarty: “Czołg, samolot, wieżowce, skoki z samolotu, a co teraz? To obłęd!”, co odcinek pojawiający się tekst o rakietach kosmicznych zdaje się przygotowywać widzów do tego, co wielu wydaje się być nieuchronnym w kolejnych częściach cyklu, zaś reszta jest po prostu… zbyt przegięta. Nie zrozumcie mnie źle, ja kocham tę serię. Wielbię kicz, jechanie po bandzie, kompletną zlewkę wobec jakichkolwiek praw fizyki czy nawet niezniszczalność większości postaci (nadal nie rozumiem, jakim cudem bracia Shaw przeżywają upadki na beton z wysokości czterech kondygnacji, kiedy biedna Giselle nie miała szans w starciu z płytą lotniska. Jednocześnie jest to jedna z nielicznych fabularnych konsekwencji. Może nie pasuje mi przez to, że ma sens? :)). Niemniej jednak wszystko to powinno być zrobione z klasą, uczuciem, pasją. Tutaj ewidentnie czegoś zabrakło, w innych kwestiach zaś niepotrzebnie wrzucono szósty bieg. I nawet ryk tych wszelkich pięknych rozpędzonych maszyn nie jest w stanie złagodzić mego bólu serca. Paliwo już się rozlało.

 

Moc poprzednich odsłon “Szybkich i wściekłych” polegała na zachowaniu umiaru w swym rozbuchaniu. Akcja z sejfem czy czołgiem nadal bawi, skoki z samolotu wciąż zapierają dech w piersi, odjazd Briana w stronę zachodzącego słońca niezmiennie wzrusza (tak, nawet kilka lat później pół sali pociągało nosem na koniec siódmej części). Jednak poza tym, była to głównie opowieść o rodzinie – przyjaźni trwalszej niż więzy krwi. O zaufaniu agenta służb specjalnych wobec kryminalisty. Oglądając poprzednie filmy ciurkiem, można być pod wrażeniem jak zgrabnie scenarzyści potrafili wszystkie ze sobą połączyć. Niektóre zdania nabierają całkiem nowego sensu. Za to teksty o rodzinie czy zaufaniu, to w ósmej odsłonie jedynie puste frazesy. Zdradzie Dominica brak tak naprawdę dobrego motywu, w dodatku czas, który upłynął od wspomnianych w produkcji wydarzeń nie pokrywa się ze zmianami jakie w tym samym okresie nastąpiły u innych bohaterów. Przykro widzieć, iż obecność tak genialnej aktorki jak Helen Mirren ostatnio sprowadza się głównie do użycia kilku niecenzuralnych słów – nie mam tutaj na myśli jedynie kinowych produkcji. Hobbs w pewnym momencie dalej jawi nam się jako Maui, Dom jest nieudanym Deathstrokiem, Pana Nikt oraz jego średnio ogarniętego pomocnika równie dobrze można było z filmowej taśmy wyciąć, zaś Cipher (Charlize Theron) jest kompletnie przerysowana, i to nie w ‘dobry’ czy intrygujący sposób. Bezspornie widać brak porządnego złola. Deckard – jak już zdradzały nam zwiastuny – przechodzi na dobrą stronę, Toretto – co też dobitnie zaserwował nam zwiastun – niby poświęca się, bo ‘musi’, zaś twórcy wykorzystują wyświechtane do bólu schematy. O tym, że trailery pokazały nam 7/8 filmu chyba nie muszę wspominać.

 

To wszystko sprowadziło mą końcową ocenę dwa oczka niżej od poprzednich odsłon/aktów wściekłej sagi. Gdzieś zabrakło paliwa, nie zadziałała nitrogliceryna (choć na samym otwarciu prawie spaliła głównego bohatera historii), komuś pomyliły się drogi, a nie pomógł nawet smartwatch. 

 

Nie wiem, co czeka nas w kolejnych epizodach. Na daną chwilę, jeśli chodzi o przygody uczestników ruchu drogowego, bardziej niż kontynuacji przeżyć Doma & spółki wyczekuję “Baby Driver”. Mam wrażenie, iż tam będzie dane mi się pośmiać z czegoś więcej niż paru pomysłowych wyzwisk i pogróżek. Nade wszystko jest mi cholernie przykro, iż po raz pierwszy po wyjściu z kina nie miałam ochoty na wciśnięcie gazu do dechy i słuchanie najpiękniejszej muzyki świata – ryku metalowego serca pędzącej bestii. 

 

 

 

  • Alex T

    🙂 pozdrawiam 🙂