Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Od dawna nie udawało mi się obejrzeć polskiego filmu. (Aż od produkcji o Paktofonice, jak ten czas zaiwania.) Kiedy więc spontaniczny wypad do Polski złożył się w czasie z premierą nowego filmu Marii Sadowskiej, nie mogłam odmówić sobie przyjemności oglądania roznegliżowanej Magdy Boczarskiej. Niczego nie żałuję.

Słyszałam, że film jest ‘babciny’ – jednakże nie zgadzam się z tą opinią. Jest zabawny. Dobrze zagrany. Bardzo podobał mi się zabieg przeskoków  w czasie, w różne strony. Dzięki temu nie poznajemy historii głównej bohaterki w standardowy sposób, od punktu A do punktu B itd. Raczej skaczemy po całym alfabecie, dostając coraz to więcej informacji oraz coraz lepiej rozumiejąc jej rewolucję. Bo łatwo nie miała. Nie dość, że żyła w czasach wojny, miała nietypowe zainteresowania, niewyparzoną mordkę oraz skomplikowane życie prywatne, cóż, była kobietą. Nie chciano jej pomóc w ambicjach naukowych, ba, nawet mąż nie traktował jej poważnie – choć ponoć fascynował go jej umysł, a do kontaktów cielesnych miał głównie drugą partnerkę. Tę nieoficjalną.

Produkcja skupia się na najbardziej kontrowersyjnych elementach życia doktor Wisłockiej: miłosnym trójkącie – nawet dzisiaj nie do pomyślenia czy zaakceptowania, o kłamstwach na temat dzieci nie wspominając – oraz romansie z żonatym mężczyzną. Poza tym, jak na autorkę książki w pewien sposób odpowiedzialnej za seksualną rewolucję, życie głównej bohaterki wydaje się być w miarę… normalne. Wiadomo, gdzieś musiała przetestować wszelkie opisane w książce pozycje. Kiedyś musiała, jak to pisał Hemnigway i mówiła jedna z jej pierwszych pacjentek, poczuć gwiazdy. Ogólnie praca nad książką to główny i, jak dla mnie, interesujący element tej filmowej biografii.

Nikt, ale to dosłownie nikt, nie traktował autorki poważnie. Nie partia, nie kościół, nawet nie prasa – nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach, gdzie twórcy ciągle szukają możliwości do zaszokowania czytelnika/widza, a tabu czy klasa nie istnieją już praktycznie wcale. W filmie wygląda to na świat zdominowany przez mężczyzn i nawet kobieta – redaktor nie do końca może dać Wisłockiej, to czego ona szuka. W dodatku męska część redakcyjnego światka ciągle próbuje się jej pozbyć. Dopiero kiedy kobiety w otoczeniu autorki organizują zmasowany atak na wydawców książki, coś zaczyna się dziać. I książka, oficjalnie wydana jedynie w 10.000 egzemplarzy, trafia pod każdą strzechę, będąc nawet nielegalnie sprzedawaną na targach niczym kopie podręczników w czasach studenckich.

Magdalena Boczarska zagrała chyba (dotychczasową) rolę życia. Zarówno jako 20-, jak i 50latka porywa i przykuwa naszą uwagę do ekranu. Jest zgryźliwa, urocza, pyskata, wygadana. Dopiero Jurkowi udaje się nieco ją okiełznać (w tej roli genialny Eryk Lubos). Ale nie spodziewajcie się happy endu. To w końcu biografia. Nie zawodzą też Artur Barciś wcielający się w cenzora, Jaśmina Polak jako redaktorka Tereska, Karolina Gruszka grająca jedną z pacjentek, Arkadiusz Jakubik jako jeden z urzędników partii. Ogólnie – aktorsko nie ma się do czego przyczepić. Fajnie.

Po wyjściu z kina towarzyszyła mi myśl, iż tak naprawdę w kwestii traktowania kobiet poważnie, szczególnie w polityce czy naukowym świecie, niewiele się zmieniło. Przed nami jeszcze długa droga w celu dobrze rozumianego uprawnienia. Życzę nam wszystkim jak najwięcej takich odważnych rewolucjonistek.