Star Wars: The Last Jedi – wyczekiwana podróż przez gwiazdy

Kompletnie BEZSPOJLEROWO:

Jest przede wszystkim INACZEJ. To nie jest The Force Awakens, który miał (w ostrożny sposób) niejako zrestartować Uniwersum. Mają miejsce pomniejsze odniesienia do poprzednich części Sagi, jednak w moim odczuciu są delikatne i ze smakiem. Rzeczywiście, jest kilka kontrowersyjnych wyborów twórców. Genialnie, będzie o czym dyskutować z innymi fanami!  Często przewijają się znane i lubiane motywy muzyczne. Fabularnie… ja tam twistów nie widziałam. Wielu rzeczy można się w trakcie filmu domyślić, ponieważ historia napisana jest tak zgrabnie, iż po prostu konsekwentnie się rozwija. Jest przewidywalnie, jednak w tym wypadku to nic złego – jak już wspomniałam, wynika to z porządnego scenariusza oraz oglądania sercem. 

Przyznam, że ostatnia godzina filmu zniszczyła mnie emocjonalnie. Dosłownie się trzęsłam! Pewnie zmęczenie zrobiło swoje, jednak, kurczę, to było piękne. Wizualnie oraz fabularnie.
Fajnie rozkłada się energia w trakcie filmu. Jest kilka słabszych momentów, w pewnym momencie miałam w głowie coś w stylu: “8, może naciągane 9”, jednak końcówka… Ok, nie rozlałam herbaty, jednak siedziałam na brzegu siedzenia. Od dawna nie przeżywałam w kinie takich emocji; porównywalnie silne towarzyszą mi ostatnio głównie podczas seansów Doktora czy Dirka.

Podoba mi się rozwój postaci. Parę rzeczy powiedziane jest tutaj dosłownie; mam wrażenie, że ci, którzy nie zrozumieli (?) bądź narzekali na Kylo czy Mary Sue  po poprzednim Epizodzie, tutaj spojrzą na nich z lekko innej strony. Mark Hamill jest Lukiem O JAKIM MARZYŁAM. To nie kopia (równie cudownego w swej roli) Donnie/Chirruta. To nie jest głęboko wierzący mnich. Widać, że ma wielką frajdę w tym, co robi, ponadto wkłada w swój powrót MASĘ serducha. I równie sprawnie ewoluuje. Myślałam, że w tym roku nikt nie porwie mnie bardziej niż Jeff Goldblum jako Grandmaster. Chylę czoła!

Leia… nie napiszę nic. Poza tym: pożegnanie aktorki pełne szacunku.

W kilku momentach popłynęły mi łzy – nie, nie w tych, które większość z nas zakładała.  Film przedstawia kilka naprawdę zapadających w pamięć scen, do których – wiem to już teraz – będę wracała ze wzruszeniem i ogromną przyjemnością. Ponownie, niekoniecznie tych, o których myślicie. 

Ostatnia bitwa jest oryginalna, zarówno pod względem fabularnym, jak i wizualnym. Czegoś takiego jeszcze w kinie nie widziałam. Czytałam książki z kanonu, mam nawet encyklopedię; jednak nie siedzę w nim bardzo głęboko, możliwe więc, że gdzieś przewinęło się coś podobnego. Dla mnie było to niestereotypowe i nowatorskie.

Pochwalę jeszcze ilość oryginalnych bestii. Wszystkie są przeurocze (hmm, może poza jedną specyficzną, ale też fajną na swój sposób ). Podoba mi się, że dostały tyle scen i miały spory wpływ na fabułę. Świat Gwiezdnych Wojen zawsze był bogaty w osobliwe stworzenia i tutaj twórcy wykorzystali pełen zasięg możliwości. Jest zabawnie, jest wzruszająco, jest bardzo ładnie od strony technicznej. Niektóre wątki mają odniesienie do tych bardzo ważnych dla mnie w “naszym” świecie. Ogromny plus z mojej strony.

Podobnie z padającymi w produkcji tekstami. Kilka z nich już wryło się w moje serce i wiem, że będę o nich pamiętała w ciężkich chwilach. Niestety, nie mogę zacytować – zbyt duży spoiler.

Laura, hmm. Od kilku filmów mam wrażenie, że nie wykorzystuje swojego potencjału – bądź też nie jest jej dane go wykorzystać. Benicio ma niewielką, aczkolwiek ciekawą rolę. Młodzi, włącznie z Poe, zdecydowanie dają radę. Chewbacca i Porgi są przecudowni, skradną niejedno serce. Kelly Marie Tran w roli Rose jest taka… ludzka. W jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Hux wydaje się być nieco mniej przeszarżowany niż w poprzedniej części. Nie zapominajmy o robotach, dostarczających nam wiele uśmiechów.

W tym momencie winnam wspomnieć o humorze – to nie jest marvelowski, często wsadzony na siłę bądź w nieopowiednim momencie komizm. Jest rodzinnie, jest uroczo, jest zabawnie, czasami pokrętnie. Zdecydowanie nie są to wymuszone żarty. Osobiście nie narzekam w tej kwestii. 

Fajnie, że Disney – a może po prostu Rian Johnson? – ma jaja i podąża w kierunku będącym połączeniem tego z TFA & Rogue One. Może nawet te spin-offy i inne Star Wars Stories nie będą takie złe, jeśli ktoś przyłoży się do nich równie mocno. Tego życzę nam wszystkim. Niech Moc będzie z nami!

  • Bartas

    Hej 🙂 co u Ciebie? Dawno nie gadaliśmy 🙂