Przełęcz ocalonych

Więcej tego błędu nie popełnię. Nie obejrzę filmu Mela Gibsona. Ale nie dlatego, że jest zły. Wręcz przeciwnie.

Historie o drugiej wojnie światowej odbieram zbyt osobiście z wielu powodów. Liczby członków rodziny, którzy ponieśli przez nią zbyt wczesną śmierć, często zupełnie irracjonalną – choćby bo komuś spodobały się buty mojego pradziadka. Eksperymentów, jakie bezduszni mordercy wykonywali na mojej babci. Konsekwencji, których wielu nie poniosło. Ludzi, którzy zbyt szybko zapominają co działo się zaledwie kilka dekad temu…

Mimo wszystko, zdecydowałam się wybrać do kina na tę produkcję. I nie żałuję, choć zapewne swoje odchoruję.

Film jest przede wszystkim bardzo realistyczny, jak to zwykle u Mela bywa. Wielu innych twórców zapewne okroiłoby sceny na poligonie, więc podejrzewam iż jak zawsze ktoś zarzuci mu zbytnie epatowanie przemocą, zbyt wiele scen dobitnie ukazujących piekło wojny. Ale właśnie w tym tkwi siła filmu.

To nie jest kolejna hamerykańska, przesadnie podniosła produkcja chwaląca pod niebosa bohaterstwo amerykańskich żołnierzy. Tutaj naprawdę chodzi o niesamowity hart ducha i poświęcenie jednostki. Kogoś, kogo nikt nie podejrzewał o jakąkolwiek siłę czy chęć walki. Szykanowanego za to, że pozwolił sobie być innym niż reszta i pozostać wiernym swoim przekonaniom nawet w obliczu najgorszego. Sytuacje i teksty, które na papierze mogą wydawać się zbyt pompatyczne, w rękach Gibsona nabierają innej mocy: budzą wzruszenie bądź wywołują ciarki na plecach.

Jestem zdania, że gdyby nie Andrew, nie zabrakłoby mi w trakcie seansu chusteczek. Historia historią, jednakże choć znałam jej zakończenie, chociaż mam nieco inne podejście do religii, wierzyłam Desmondowi i bałam się o niego. Casting idealny.

Nie zawodzą również aktorzy drugoplanowi: Hugo Weaving jako nie czarny charakter, lecz postać tragiczna; Luke Bracey jako zadziorny cwaniaczek; Vince Vaughn w roli srogiego sierżanta próbującego na wszelkie sposoby złamać niepokornego rekruta.

Możecie nazwać mnie miękką, jednak z kina wyszłam z silnym postanowieniem: kolejny film bazujący na wydarzeniach z drugiej wojny światowej obejrzę dopiero w następnej dekadzie. Głównie dlatego, że przez większość seansu zastanawiałam się, jak to możliwe, iż W NIECAŁE DWA POKOLENIA do rangi największego problemu dla wielu urosło zastanawianie się, czy wyszło im dziś selfie. Pierdolę taki świat.

A teraz poproszę morfinę na moje zbolałe serce.