Pasażerowie – mogą lecieć sami

Ni to “Titanic”, ni to Nicholas Sparks w kosmosie, ni to “Grawitacja”. Ani melodramat, ani komedia, nie do końca film katastroficzny, nie bardzo stutysięczna fantazja na temat opowieści o Adamie i Ewie, bądź kolejna wariacja baśni o śpiącej królewnie.

I tak pewnie mogłabym wymieniać w nieskończoność. A jak coś próbuje być do wszystkiego, z reguły okazuje się być do niczego.

Zamrażanie Chrisa Pratta już było, zbyt krótkie linki już byly (ile razy!), wpadającą ni z tego, ni z owego w szał Jennifer Lawrence również już widzieliśmy. Nawet Kosmos jako wielki śmietnik nie raz się przewijał, nie tylko w filmach dokumentalnych. Czerstwe, naciągane happy endy to natomiast prawdziwa zmora hollyłódzkich produkcji.

Niby grają fajni, charyzmatyczni aktorzy, ale tak naprawde są nam zupełnie obojętni. Z gatunku: ani ziębią, ani parzą. A dla mnie kino ma wywoływać emocje. Jakiekolwiek! Jak to stwierdził Graham Norton, ta dwójka już dawno powinna była wystąpić w jednym filmie. Nie z takim rezultatem.
Niby muzyka jest w porządku, jednocześnie przez większość seansu zdecydowanie przeszarżowuje. Co szybko zaczyna konkretnie irytować.
Początkowo opowieść wydaje się w miarę ciekawa – jestem zdania, iż żyjemy w czasach kiedy praktycznie wszystko jest inspirowane czymś innym i nie zawsze mamy do czynienia ze złym rezultatem. Ale tutaj to po ludzku, zwyczajnie nie wciąga. Jak inaczej można podsumować fakt, że te słowa piszę na żywo, w kinie? Nudzenie sie podczas seansu naprawdę nie jest tym, po co chodzę do kina. Moje zdolności do multitaskingu naprawdę mogę wykorzystywać gdzieś indziej. Zanim film się skończył, miałam gotową reckę. Pozostało mi jedynie czekać na potwierdzenie przeczuć … Do tego przewidziałam zakończenie. Have mercy!

Na temat dialogów może lepiej nie będę się wypowiadała. Nie chcę być (aż tak) wredna już pierwszego stycznia.

Teoretycznie wszystko jest ładnie i pomysłowo pokazane. Jednak w praktyce dostajemy po prostu kolejny źle zaprojektowany statek kosmiczny. Czyli ludzkość, pomimo możliwości sięgania do gwiazd, znów nawaliła.

W dodatku okazuje się, iż baby mają przesadzone predyspozycje do fochów nawet w kosmosie, kiedy dosłownie 5 minut wcześniej były zakochane i przeszczęśliwe. Sama jestem kobietą i coś mi się tu gryzie. Może Starlord nie jest najlepszym wyborem na partnera, ale w niektórych sytuacjach nie ma co (ani tym bardziej w czym) przebierać.

Początkowo w miarę ciekawe wydają się być pisane przez Aurorę teksty bądź jej opowieści o życiu na Ziemi. Jednak widz szybko ogarnia grę w te klocki i dostrzega, ze to tylko zbiór klisz. A wtedy wszystko zaczyna się psuć nie tylko na filmowym statku. Szczególnie widać to kiedy to grupa pasażerów sie zagęszcza. Zamiast atmosfery. I nawet szczwany mechanik nie jest w stanie tego naprawić.
Lawrence Fishburne jak dla mnie może pouczać ludzi jako Morfeusz, ale nie tutaj. Sorry.

Osobiście najmocniejszym punktem filmu w moim odbiorze był Michael Sheen. Aktor ten jest po prostu fantastyczny w roli zmechanizowanych ludzi, którzy z radością wykiwają całą resztę obecnego w danej produkcji społeczeństwa. Pasują mu takie androidalne, pozornie urocze, a w ostateczności skurwielskie role. Aż żal, że robi sobie przerwę dla polityki. Choć rozumiem, a inteligentnych polityków potrzeba nam ostatnio jak nigdy. 
Bawiło mnie jeszcze te całe 5 sekund Andy’ego Garcii. Ale to nic w porównaniu do bezkresu bensensu reszty filmu.

Jesli ktoś chciałby obejrzeć film w podobnym klimacie, a bardziej klimatyczny (pun intended), polecam “Moon”. Nawet “Pandorum” bardziej mnie ubawiło.

Tym sposobem przełamałam swą passę rozpoczynania Nowego Roku kinowego seansem z przytupem. Choć nie oszukujmy się – wiedziałam, na co się wybieram.
Zawsze pozostaje mi wierzyć, iż dziś wieczorem Sherlock nadrobi. In Moffat we trust!

 

PS. Nie zliczę, ile razy w trakcie filmu stwierdzałam z niesmakiem “Doctor Who did it better”. Choćby Titanica w kosmosie miał lepszego, z miłosną historią i ratowaniem ludzkości włącznie.