Mein Blind Date mit dem Leben – niemiecki feel good movie

Podczas PAC Festival, Pathe zawsze stara się wrzucić coś pozytywnego. Ile w końcu można oglądać filmy wojenne czy opowiadającego o problemach pewnej grupy – kobiet, czarnoskórych, mężczyzn pożeranych przez kosmitkę, cokolwiek. Tym razem puścili nam niemiecki feel good movie. Wiem, to brzmi jak oksymoron. Ale było całkiem przyjemnie.

Od lat nie oglądałam niemieckich filmów i w sumie nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Dostaliśmy historię o uroczym chłopcu, który nagle traci wzrok. Na raz, 80%, obie strony. Przechodzi po tym operację, która ostatecznie ratuje 5% jego wzroku. Przykre, nawet bardzo. Jednak chłopak się nie poddaje. Upiera się na pozostaniu w ‘normalnej’ szkole, z pomocą siostry zdaje egzaminy wręcz śpiewająco. Po prostu uczy się wszystkiego na pamięć, w czym pomaga mu powtarzanie na głos wszystkiego co powiedzą wykładowcy.

Po zdaniu egzaminów, bohater pragnie spełniać swoje marzenie, jakim jest staż i praca w pięciogwiazdkowym hotelu. Niestety, będąc szczerym w temacie swej niepełnosprawności, nie jest w stanie wyjść poza wysyłanie listów motywacyjnych. Fakt, plany ma szalone, ale to nie zmienia faktu, iż w dzisiejszych czasach jest całkiem sporo możliwości pracy dla osób niepełnosprawnych? Niezrażony niepowodzeniami, Saliya (Kostja Ullmann) postanawia nie wspominać w listach do potencjalnych pracodawców o swoim bardzo słabym wzroku. W ten sposób zostaje przyjęty do wymarzonej pracy, w popularnym hotelu w Monachium.

Jak łatwo można się domyślać, jego kariera nie rozwija się bez wypadków. Kolejne przygody w hotelu są pokazane z typowym feel good humorem, porównywalnym do tego znanego mi o wiele lepiej, mianowicie z francuskich filmów. Wiadomo, najbardziej cenię sobie komedie brytyjskie, Niemcom do tego daleko, nie oszukujmy się. Jednak seans mija bardzo przyjemnie, można się pośmiać, uśmiechnąć, w pewnych momentach może nawet zapłakać. Aktorsko nie ma jakiś wyżyn, ale każdy jest poprawny. Jakby przyjęli luźną konwencję filmu. Główny bohater nie poddaje się mimo najróżniejszych przeciwności losu i to sprawia, iż z sali kinowej wychodzimy uśmiechnięci. Ktokolwiek spodziewał się tutaj czegokolwiek innego niż happy end? 🙂

Seans ten sprawił, iż mam ochotę bliżej przyjrzeć się produkcjom niedalekim, nie tylko brytyjskim. Może na Starym Kontynencie nie tylko kino francuskie i włoskie zasługuje na poświęcanie mu czasu.