McImperium – a może frytki do tego?

Fantastyczny powrót Michaela Keatona w “Birdmanie” rozbudził mą ciekawość w temacie jego kolejnych występów. Po popierdółce “Need for Speed”, nieco lepszym “RoboCopie” oraz bardzo dobrym “Spotlight”, nadszedł czas na opowieść o charyzmatycznym biznesmenie sięgającym dna i lubiącym kraść cudze pomysły oraz przychody. Nie jest źle, choć dla mnie o oczko niżej od poprzednika.

Takie historie znamy chyba wszyscy. Ktoś ciężko pracujący na spełnienie marzeń, niczym Syzyf uparcie zmierzający na górę swych marzeń, nie poddaje się mimo przeciwności losu, by ostatecznie zostać wykiwanym przez jakiegoś cwaniaczka. Człowieka, który w pewnym momencie zachłysnął się własną źle rozumianą przedsiębiorczością. To tak naprawdę przykry film.

Historia zbudowana jest w sposób, dzięki któremu na początku jest nam po prostu żal głównego bohatera. Kiedy widzimy, jak odlicza centy na rozmowę telefoniczną czy zakup kanapki. Ma nadzieję, że może ten jeden raz coś mu się uda, któryś z planów wypali. Może nam być przykro, gdy wszyscy po kolei odmawiają mu pożyczki, przypominając sobie jego poprzednie, nietrafione idee. Podobnie kiedy otwarcie nabijają się z niego znajomi.

Jednak szybko przekonujemy się, ile nasz bohater ma za uszami. Jak bezwzględny potrafi być w swych niecnych planach.

Film jest zdecydowanie przyjemny pod względem aktorstwa. Michael Keaton w roli – nomen omen – sępa, wyzwala w widzu różne emocje. Od początkowego przygnębienia aż po jawną niechęć, pogardę i odrazę pod koniec filmu. Jest przekonujący w roli bezdusznego człowieka interesu.
Na uwagę zasługuje także John Caroll Lynch jako Mac McDoland, dobroduszny i, na własne nieszczęście, ten bardziej naiwny z braci.
Laura Dern jest w swej roli mdła. Nie wiem, jaka była oryginalna postać i czy zasłużyła na aż tak złe traktowanie. Trochę za mało jej w filmie, by móc ją jednoznacznie ocenić.

Najbardziej spodobała mi się prosta jak drut i w sumie niespecjalnie intrygująca historia powstania pierwszej restauracji, tutaj przedstawiona w zabawny sposób, z werwą.

Nabrana z początkiem seansu dzięki opowieści braci McDonald chęć na burgera szybko jednak gdzieś się rozmyła. Z każdą kolejną sceną malał mój apetyt, by po wyjściu z kina z niesmakiem spojrzeć na pełnego ludzi McDonalds’a. Ja raczej nie dam im już zarobić.