La La Land – muzyczna baśń Stone i Goslinga

Uwielbiam seanse kinowe, podczas których nieświadomie się uśmiecham. Nawet po ciężkim dniu. Jeszcze lepiej, kiedy im bliżej końca, tym bardziej się wzruszam. W ten trudny do ujęcia w słowa, pozytywny sposób.

Lubię również gdy już na początku filmowej przygody ogarnia mnie uczucie, że to będzie ‘moja’ produkcja; obejrzę ją jeszcze dziesiątki razy, poświęcę jej godziny przemyśleń i będę marudziła każdemu tak długo, dopóki nie obejrzy jej razem ze mną. (Tak, patrzę na Was, krewni i znajomi królika, którzy polubili “Kingsmana”.)

Damien Chazelle zdobył moje zainteresowanie długometrażowym “Whiplashem”, natomiast swoim kolejnym dziełem wpisał się na prywatną listę obserwawczą. 
Ten film jest inny od poprzednika. Spokojniejszy, utrzymany w delikatniejszym tonie. Właściwie jedyne, co je łączy, to świetny jazz oraz JK Simmons w niezbyt przyjemnej roli (tutaj: rólce). I świetne aktorstwo.

 

Z Ryanem mam tak – w niektórych rolach mnie porywa, inne w ogóle mnie nie ruszają. Tutaj trafiła mu się jedna z pierwszej wariacji. Szczególnie przypadła mi do gustu scena, w której bohater odreagowuje bezkres własnych emocji na fortepianie. Praktycznie na samym początku filmu.
Na Emmę mogłabym patrzeć godzinami. A tu tańczy, śpiewa, recytuje, bierze udział w castingach; jest zadziorna, zabawna, wygadana, urocza, pociągająca i niepewna siebie jednocześnie. Jej twarz podczas sceny koncertu; feeria emocji rozgrywająca się w jej oczach! Podobnie w ostatniej scenie. Kolejny worek nagród poproszę, na już!

W trakcie oglądania łapałam się na pełnym fascynacji podziwianiu tańca głównych bohaterów, szczególnie podczas wiosny i ostatniej zimy. Prawie nie oddychałam. Magia kina w pełni.
Do tego gra światłem, kolorami, piosenki, kadrowanie, zdjęcia! Wychodzi na to, że znów będę musiała zarwać nockę na rozdanie nagród Akademii.

Podsumowując – to opowieść, którą wszyscy widzieliśmy już dziesiątki razy. Nieskomplikowana, przewidywalna, dobrze znana. Jednocześnie to jeden z niewielu przypadków, kiedy to zupełnie nie przeszkadza. Nawet coś powtarzalnego, a wykonanego porządnie, potrafi zachwycić widzów i krytyków. Ciekawe, dlaczego tak rzadko dostajemy takie produkcje. W dodatku zakończenie nie pokazuje jedynie “co by było gdyby”; równocześnie prezentuje ile emocji i opowieści potrafi przekazać sztuka. Nieważne: muzyka, film, powieść… recenzja.

To wszystko pisze osoba święcie przekonana, że nie lubi musicali. Okazuje się, iż nie lubi tylko tych robionych bez serca.

Jutro kolejny seans.