Kubo i dwie struny – nie tylko Pixar dobrze animuje

Produkcje studia Laika zachwycają mnie za każdym razem. Przede wszystkim metodą animacji, tak bardzo dziś zapomnianą i niedocenianą.

Zachwycają mnie też oryginalną opowieścią, która nie będąc przekombinowaną, jednocześnie posiada tę coraz rzadziej spotykaną głębię, cudowne przesłanie i pouczający morał. Postaciami, których los nie jest nam obojętny – nawet, kiedy mamy trochę więcej niż 10 lat. Porywającą muzyką. Historią, która nie zawsze jest różowa, czasami bywa straszna, ale czy nie takie bywały najlepsze baśnie? Ukazując świat takim, jaki jest naprawdę, a nie tylko jego polukrowaną wersję ?

W końcu trafiłam w 2016 na film, który od razu chcę obejrzeć jeszcze raz. Nie Bucky z Panterą, nie Durotan, nawet nie cudowne dziecko z “Midnight Special”; to mały Kubo sprawił, że kompletnie ‘wsiąknęłam’ w film. W moim odczuciu najnowsze dzieło Studia Laika dorównało najlepszym produkcjom Studia Ghibli. A to największy z komplementów mogących paść z mej klawiatury.

Boli, że filmy Laiki są tak niekomercyjne. Mimo bardzo dobrych recenzji i reakcji widzów , mało kto chodzi na nie do kina. Że miliony dolarów zarabiają produkcje powielające te same schematy, zasłyszane tysiąc razy żarty i rażące CGI. Owszem, nie o kasę chodzi, ale nie oszukujmy się – jest potrzebna, aby nadal powstawały takie historie.

“Kubo i dwie struny” to najlepszy przykład, że nawet dzisiaj da się stworzyć coś świeżego, innego, nie łopatologicznego, zabawnego, ale nie głupiego, a przede wszystkim Z SERCEM. W moim Kubo poruszył te najlepsze struny.