Kong: Wyspa Czaszki – o potwornej miłości do Tobiego i nie tylko

Choć forma promocji filmu nawet mi się podobała, do samej produkcji podchodziłam bez większych emocji. Owszem, od małego wielbię opowieści o Kaiju oraz innych wielgachnych stworzeniach (pamiętacie taki cykl na TVP, w którym co tydzień leciał jeden z filmów o Godzilli & ekipie?). Lubię kinową rozpierdziuchę, do dziś z przyjemnością słucham ścieżki dźwiękowej z “Pacific Rim” i nawet miałam zwierzaka o imieniu Gipsy Danger, równie zabójcza była z niej bestia. 🙂 Za to poprzedni film o Godzilli, dobry pod względem klimatu czy ukazania potęgi głównej bohaterki (dla mnie Gojira już na zawsze będzie kobietą, sorry not sorry!), pozostawił mnie zupełnie obojętną względem opowiadanej historii, o ludziach nie wspominając. Dlatego tym razem do kina popedałowałam bez większych oczekiwań. I ubawiłam się przednio.

W przeciwieństwie do poprzedniego, pierwszego filmu z planowanego przez WB ‘MonsterVerse’, gdzie tytułowa bohaterka ukazywana nam była stopniowo, wręcz po kawałeczku – Kong ma mega mocne wejście. Bohatera widzimy od razu w pełnej okazałości, furii oraz poznajemy zasięg jego rzutu helikopterem. Razy kilka(naście). Owszem, ma ku temu powody. Tak, od razu byłam po jego stronie. Mój (głośny) komentarz w kinie brzmiał: “Ludzie…”. Zawsze muszą się wtranżolić tam gdzie nie potrzeba. Po cholerę od razu zrzucać bomby na niczego nieświadome stworzenie? W dodatku będące niczym wąż, który z reguły nie gryzie, dopóki się na niego nie nadepnie – o czym w trakcie seansu mamy okazję się kilkukrotnie przekonać.

King jest poczciwy, okazuje się, że broni wyspę przed (o wiele) gorszymi zagrożeniami. To po prostu dobry władca, w dodatku sierota, ostatni ze swojego gatunku. Ludzie, standardowo, ubzdurali sobie, iż jest on zagrożeniem. I na tym opiera się cały zamysł filmu. Filmu, który klimatem nawiązuje a to do “Parku Jurajskiego”, a to do wspomnianego wyżej “Pacific Rim”, ale najczęściej do kina przygody. Monstrualnej. 

Mamy, oczywiście, złego podpułkownika, to znaczy Samuel L. Jackson gra samego siebie. (Spróbujcie do jego wypowiedzi ‘bitsss’ niczym w “Kingsmanie”, pasuje ulał. :D) John Goodman wyjątkowo nie ma ani jednej zabawnej linijki tekstu, próbuje oszukać wszystkich, ale chyba najbardziej samego siebie. Nie wiem, po co ta wycieczka na wyspę była mu potrzebna. Ponoć dla “dowodu”, ale skoro (lekki spojler!) już wcześniej widział jednego ze stworów, to czego się po takich wywczasach spodziewał? Brie z Tomem wyglądają ładnie (Tom jeszcze młodziej niż w innych produkcjach czy podczas wywiadów) i grają niewiele, tak jak najprawdopodobniej scenariusz zakładał. Tom jest tropicielem z niezmąconą nawet rykiem Konga fryzurą, Brie to fotografka antywojenna, jak sama siebie w pewnym momencie określa. Miło zobaczyć Thomasa Manna, którego bardzo lubię od obejrzenia “Me, Earl and a Dying Girl”. Aktor specyficzny, tutaj pasuje i nawet bywa zabawny. Dwaj inni wojacy odpowiadają za wielokrotne podnoszenie się kącików ust, choć najsympatyczniejszy jest John C. Reilly. Po zwiastunach jego rola zapowiadała się na bardzo małą i niewnoszącą zbyt wiele do fabuły, jednak jest wesoło, zabawnie, czasami nawet bywa wzruszająco. Zaskoczenie wieczoru.

Osobny akapit poświęcę Tobiemu. ‘My dear Billy’, jak bohater pisze w liście do swojego syna, ‘ależ ja lubię Twojego ojca’. Od “Rock’n’Rolli”, ale ostatnio jeszcze bardziej. Częściowo przez to, że Toby pojawia się w coraz większej liczbie hollyłódzkich produkcji. Jednocześnie odnoszę wrażenie, iż Fabryka Snów nie wie, co z tym cudownym Brytyjczykiem ma zrobić. On naprawdę potrafi grać! Co udowodnił nam chociażby w “Ewolucji planety małp” czy “Czarnym lustrze”. Tymczasem role Doktora Dooma czy Taty w “Siedem minut po północy” nie bardzo dają się mu wykazać. Bardzo mu kibicuję. Zresztą kiedy w trakcie filmu jedno ze stworzeń przytuliło Chapmana zbyt… blisko, połowa sali kinowej – mniej więcej tyle było wczoraj kobiet – zaczęła głośno protestować. No jak to tak! Szczególnie, kiedy chwilę wcześniej było zbliżenie na jego rzęsy. Na otarcie łez pozostał nam Toby w wersji motion capture, czyli Król Kong. Wykonany fantastycznie. Ogólnie efekty w IMAXie ostro dają radę, i to przy pokazywaniu bestii w pełnym świetle, bez gierek cieniem, zasłanianiem się drzewami itd. Bardzo ładnie. Wspomnę jeszcze o genialnej ścieżce dźwiękowej. Wszystko to stare a jare! Z bardzo lubianym przeze mnie “White Rabbit” od Jefferson Airplane na czele.

Ucieszyła mnie także scena po napisach. Na daną chwilę fabularnie zbyt wiele sensu nie ma (nie napiszę, byłby zbyt duży spojler), jednak zapowiada powrót wszystkich moich bohaterów dzieciństwa, z Rodanem na czele. Bombastycznie! Ciekawe, co dalej zdziałają. Tym razem pójdę do kina z większymi oczekiwaniami, oby WB ich nie zawiodło.

  • Alex T

    dla mnie zawsze King Kong był pozytywnym bohaterem, niestety do tej pory go uśmiercali co było smutne.. tym razem oglądałem historię zarówno z optymizmem 🙂 jak i satysfakcja, nawet skróty i pewne słabizny mi nie przeszkadzały 🙂

    • Mnie też ten film pozytywnie zaskoczył.
      Częściowo pewnie przez to, iż szłam na niego kompletnie bez oczekiwań. 🙂

      • Alex T

        🙂 ja właśnie odkryłem Bollywood 😛 , serio, ktoś mi polecił naekranie kilka filmów , obejrzałem pierwszy (Kahaani ) i… totalnie pozytywne zaskoczenie , technicznie to nie jest Hollywood ale pomysł świetny a zakończenie było zaskakujące czego dawno nie miałem 😛

        • Oooo, może muszę się w końcu też za to zabrać! ! 🙂

          • Alex T

            obejrzyj, przeżyłem pozytywne zaskoczenie

  • Bezet

    Mnie też się film podobał 😉

    • Witam w moich skromnych progach! (: