Blacklist S04E09 FBI, Mossad i Raymond Reddington

Blacklist zawsze wisiał gdzieś pomiędzy rzeczywistością a fikcją, tak nieprawdopodobną, że nawet od fanficów oczekuje się więcej. A im dłużej trwa, tym bardziej szala przechyla się w tę drugą stronę. Nie mniej oferował też zdrową dawkę rozrywki i całkiem przyjemną, nawet jeśli dość klasyczną, mieszankę bohaterów. No i Jamesa Spadera.

Nie inaczej jest tym razem, seria już jakiś czas zjada własny ogon, a patrząc na poczynania FBI – dziw bierze że USA jeszcze istnieje.

Nowy odcinek przynosi nową historię ale też okazuje się zaskakująco wtórny. Wielka międzynarodowa afera, w którą zaangażowane jest nie tylko FBI, ale również Mossad, sprowadza się do prostej wymiany z przeciwnikami. A podobno USA nie negocjuje z terrorystami. Oczywiście nie bez komplikacji, ale wydają się one bardziej naciągane niż plany na przyszłość Elona Muska. Odcinek co nieco ratuje, jak zazwyczaj, Reddington i jego plany – ale oczywiście machnął on z łatwością ręką na swoje kontakty i cel został osiągnięty. Nie wiem, czy kogoś to zdziwi. Czasem się zastanawiam po co scenarzyści serialu w ogóle starają się mu w jakikolwiek sposób utrudnić życie. No ale w końcu status quo serialu musi zostać zachowane. Nie ma większego sensu zagłębiać się w jakość gry aktorskiej bo nie odbiega ona w żaden sposób od poziomu który serial prezentuje właściwie od początku – czyli po prostu jest ok.

Odcinek można streścić krótko jako przewidywalny i wtórny, czego nie zmienia nawet przedstawienie drugiego oblicza jednego z głównych bohaterów. Nie wzbudził przy tym we mnie też żadnych większych emocji. No, z małym wyjątkiem pod postacią rozwoju relacji pewnej pary bohaterów.

Na pocieszenie, często irytująca zarówno postępowaniem jak i samym sposobem bycia Elizabeth, w bieżącym odcinku gra rolę raczej epizodyczną. Świat dalej kręci się głównie wokół niej, ale przynajmniej nie jesteśmy nią nadmiernie atakowani obserwując wątek odcinka.

No i Reddington jak zwykle miesza, jak zwykle robi coś tam bliżej nieokreślonego co spowoduje że znowu on będzie górą.

Odcinek jako zwyczajnie średni, oceniam na 5/10 – to dalej to samo Blacklist, które towarzyszy nam od jakiegoś czasu. Ani lepsze, ani gorsze. Po prostu średnie.

 

ps. W odcinku zabrakło Pana Kaplana, mam nadzieję że ktoś pójdzie po rozum do głowy i zrobi z byłej towarzyszki Reddingtona pełnokrwisty czarny charakter. Myślę że po tych kilku latach z naszymi bohaterami będę jej kibicował pod nosem nucąc utwory z “Kill’em all”…

  • Alex T

    mamy podobne spostrzeżenia… a miało być tak fajnie:)

    • ClintWestwood

      Teoretycznie zawsze jeszcze może – ale za każdym razem jak pomyślę że serial zaczynał z podobnego punktu co Person of Interest – gdzieś w najbardziej ogólnym schemacie je porównywano – to jest niebo a ziemia. Aż smutne – i jeszcze bardziej brakuje produkcji Nolanów ^^