A cure for wellness – lekarstwo na egzystencję zamiast życia

Do tej pory Gore Verbinski kojarzył mi się… z Disneyem. “Piraci z Karaibów” 1, 2, 3, “Jeździec znikąd” (i niewiele wart) czy niedisnejowski, ale w stosunkowo podobnym klimacie “Rango”. Kiedy więc dowiedziałam się o jego najnowszym projekcie, byłam zaintrygowana. Do tej pory jeśli chodzi o horrory, wyjątki popełniałam jedynie dla jednego z mych ulubionych twórców Guillermo Del Toro oraz serii “Resident Evil” – nawet w tym przypadku odpuszczając sobie dwie ostatnie części. Czy było warto ryzykować noc pełną koszmarów?

Zacznijmy od jasnego komunikatu – to nie jest horror.

W sumie thriller też nie do końca. Jest posępnie, ponuro, przez większość czasu tajemniczo. Nawet, kiedy już przejrzymy twist, bywa strasznie, choć częściej obrzydliwie. Dla mnie jest to po prostu baśń. Taka klasyczna, baśniowa opowieść, z którą coraz rzadziej spotykamy się w księgarniach czy kinie. A szkoda. Baśń to w ogóle słowo, którego brak mi w innych językach. Nie spotkałam się z nim w angielskim, niemieckim czy holenderskim. Film dobitnie pokazuje, iż ‘bajka dla dorosłych’ to jednak nie to samo.

Historia zaczyna się jak wiele innych. Pewien korpoludek (w tej roli Dane deHaan) awansuje bardzo szybko. Wypadałoby więc go w coś wrobić, bądź do czegoś niecnie wykorzystać. Bo po co trudzić się samej/samemu… Kiedy więc na gwałt do podpisania papierów potrzebny jest stary, przebywający w odległym o 6000 km sanatorium szef, zarząd postanawia wysłać młodzika. W końcu jest szansa, iż jemu z tego sanatorium uda się wrócić. Czyżby?

Przenosimy się więc do Szwajcarii, którą na potrzeby produkcji odgrywają Niemcy.  Tutaj ujawnia się kunszt Bojana Bazelliego. Już ujęcie pociągu zmierzającego z Zurichu w góry powala. (Akurat tę trasę znam, pociągiem też tam jeździłam – donoszę, że na żywo nie jest aż tak pięknie jak w filmie, niestety.) Dalej jest tylko lepiej. Ujęcia zamku, na terenie którego znajduje się sanatorium, są po prostu wyborne. Fantastyczne. W pełni oddają artyzm otoczenia, podobnie jak widoki dookoła budowli. Wszystko to jest wspaniale wykadrowane, zaś nastrój potęguje fenomenalna muzyka Benjamina Wallfischa. Te elementy plus atmosfera tajemnicy składają się na wręcz mistrzowski klimat. Historia zamku i jego mieszkańców co jakiś czas przewija się przez film, za każdym razem rzucając widzom kolejny okruszek. I choć łatwo jest je poskładać w całość, nie wpłynęło to na mój odbiór filmu.

Jestem pod wrażeniem drogi, którą Dane obrał w swojej karierze.Poza krótkim flirtem ze Spidermanem oraz tegorocznym “Valerianem” (który jednak nie jest, przynajmniej w Stanach, nawet w połowie popularny jak Spidey – choć w mym prywatnym rankingu zajmuje o wiele wyższe miejsce), aktor pojawia się głównie w filmach niekomercyjnych, specyficznych, cóż… niepopularnych? Z ciekawością śledzę produkcje, w których występuje, choć niektóre bywają ciężko dostępne – nadal nie udało mi się obejrzeć “Tulip Fever”, nawet mieszkając w kraju tulipanów & depresji. Pewnie będzie to zbędny komentarz, ale dodam, iż tym razem młody odtwórca głównej roli także nie zawodzi.

Miło było zobaczyć Jasona Isaaca, który ostatnio grał sporo,jednak niekoniecznie w tym, co miałam przyjemność oglądać. Jego rola okazała się być sporo większa, niż zakładałam na początku filmu. Pod koniec aktor posunął się nieco za daleko, troszkę przeszarżował, ale tak to już w fantastycznych opowieściach bywa. Zresztą… naczekał się na ten koniec, nie ma co. 😉

Inni aktorzy są w porządku, jednak nikt nie wysuwa się jakoś specjalnie na pierwszy plan. Ewentualnie warto jeszcze wspomnieć Mii Goth, która w swej roli przypominała mi Cassie ze “Skins”. W sumie z urody też. Ni to kobieta, ni mała, zagubiona dziewczynka z nieciekawą przeszłością.

Podobno film odnosi w kinach spektakularną klapę. Szkoda, szczególnie gdy widać, iż “Piraci” z innych reżyserem to już dwie klasy niżej (przynajmniej w moim odbiorze). Mam nadzieję, iż pan Verbinski odbije to sobie w niedalekiej przyszłości.

PS. Zaintrygowała mnie końcówka filmu, dosłownie ostatnie ujęcie. Moim zdaniem sugeruje, iż tak naprawdę nie wiemy, co w filmie było prawdą, a co halucynacjami? Jeśli macie jakieś przemyślenia, z chęcią je przeczytam & podyskutuję. (: